Tym razem było trochę inaczej. Miejsce rubaszności, beztroski i niczym nieskrępowanej zabawy zastąpiła powaga, zacięta mina i pełna koncentracja. Ciśnienie wszystkim poszło mocno w górę, dalece przekraczając poziom alarmowy, a atmosfera stała się tak gęsta, że bile zaczęły się wolniej poruszać – nie zmyślam! A tak serio, to trochę może i trochę zmyślam i żartuję, jednak faktem jest, że IV Turniej o Puchar Łodzi 2025/2026 to już najwyższy czas na zebranie się do długiego finiszu. Wszak już tylko jeden Turniej dzieli tych najwyżej sklasyfikowanych od zaszczytów podium, wiecznej chwały, blichtru i sławy. Jak się jednak okazało, pozostaje im tylko walka o drugie i trzecie miejsce w generalce, gdyż zwycięzcę całego cyklu zdążyliśmy już poznać… Ale o wszystkim po kolei!
Już pierwsze mecze fazy grupowej zapowiadały, że oto do czynienia mieć możemy z, posługując się tytułem jednego z legendarnych seriali Telewizji Polskiej, „najdłuższym turniejem nowoczesnej Europy”. Kolejne mecze toczyły się wolno, czasami naprawdę woooolno, lecz ani przez moment nie ziało z nich nudą, a nasze trzy snookerowe lotniska stały się polem bezwzględnej i brutalnej sportowej rywalizacji. Nic więc dziwnego, że w takich warunkach najlepiej radzili sobie najbardziej doświadczeni turniejowi wyjadacze. Świetnie zaprezentował się walczący nadal o końcowy triumf w rozgrywkach ligowych Leszek Pietrusiak, który pewnie zwyciężył swoją grupę. W końcu na luzie i bez kłopotów w grupie do dalszej fazy rozgrywek zakwalifikował się Kamil Zięba. Na miarę swoich coraz bardziej profesjonalnych możliwości zagrał Michał Kupisz. Zwycięski w grupie okazał się również Jakub „Zawsze Będący Co Najmniej w Ćwiartkach” Makowski. Nieźle w końcu zaczął grać Jędrek Janicki, mimo tego że sromotne lanie po raz kolejny spuścił mu Leszek. Nieobliczalny (tak, jestem delikatny w doborze słów, to prawda) Konrad Słoma tym razem był o wiele pewniejszy niż francuska motoryzacja i również dołączył do grona ćwierćfinalistów. W fazie co najmniej ćwierćfinałowej mocno zadomowił się również Robert Kosielski, który i tym razem potwierdził swój zaszczytny tytuł „najlepszego biegacza wśród snookerzystów i najlepszego snookerzysty wśród biegaczy”. Dla życia i zdrowia pozostałych Ligowców, gremialnie rezygnujemy z rewanżu na trasach biegowych. Do elitarnej ósemki ćwierćfinalistów dołączył Kuba Prasalski, który coraz coraz lepiej oswaja się z atmosferą wielkich imprez snookerowych (nie bójmy się słów!) i zaczyna podczas ich trwania potwierdzać swoje niemałe możliwości. Tak naprawdę jednak show pierwszego dnia rywalizacji skradł zupełnie ktoś inny. Ten, którego zbyt długo nie było, ten, którego fantazja i brawura niejednokrotnie graniczą ze snookerowym szaleństwem i ten, którego złowieszczy rechot towarzyszący każdej co ważniejszej spudłowanej bili przeciwnika dźwięczeć mi w uszach będzie zawsze. Krzysiek Dąbrowski, bo to o nim mowa, wrócił! I nic innego w tej kwestii nie ma znaczenia 🙂
Dość jednak roztkliwiań, wszak wraz z nastaniem niedzielnej jutrzenki czekały na nas ćwiartki (zwane przez niektórych dla niepoznaki „ćwierćfinałami”). Pierwszy jako zwycięzca zameldował się Kamil Zięba, który w rewelacyjnym stylu rozprawił się z Michałem Kupiszem, wbijając przy okazji pięknie skontrolowanego breaka w wysokości 46 punktów. Opromieniony obecnością swoich ukochanych dziewczyn Kuba Makowski dość spokojnie ograł Roberta Kosielskiego, a Leszek Pietrusiak po meczu obfitującym w nieoczekiwane zwroty akcji wyeliminował Kubę Prasalskiego. W prawdopodobnie jednym z gorszych meczów (a konkurencja w tym zakresie nie jest znowu taka mała), jakie łódzki snooker kiedykolwiek widział, Jędrek Janicki okazał się „mniej zły” (bo nie śmiem określić go mianem „lepszego”) od Konrada Słomy. Licznie zgromadzeni kibice przed pojedynkami półfinałowymi dość śmiało typowali powtórkę finału z poprzedniego Turnieju – mianowicie starcie Zięba vs Pietrusiak. Oba mecze miały jednak nieco zaskakujący przebieg. W pierwszym z nich to Kuba Makowski okazał się lepszy od Leszka, tym samym biorąc srogi rewanż za porażkę z tej samej fazy sprzed dosłownie kilku tygodni. Skazany na pożarcie Jędrek zaskakująco dzielnie stawał w potyczce z faworyzowanym Kamilem. Ustawiony przez Kamila snooker z decydującej partii tego meczu stać mógłby się jednak ozdobą niejednego profesjonalnego turnieju i to właśnie to zagranie pozwoliło mu na awans do ostatniego meczu Turnieju.
Sam finał był pojedynkiem wymagającym dla obu graczy. Zarówno Kamil, jak i Kuba nie chcieli popełnić najdrobniejszego błędu, a o przechylającej się coraz bardziej w stronę Kamila szali zwycięstwa decydowały osławione już przez Tomasza Hajtę „detale”. I choć końcowy triumf Kamila tak naprawdę nikogo zaskoczyć nie powinien, to jednak zwycięstwo to było wyjątkowe. Na przestrzeni całego Turnieju Kamil zaprezentował całe bogactwo swojego snookerowego rzemiosła. Potrafił kąsać fantastycznymi wbiciami na pełnej mocy, gdy była taka potrzeba angażował się w prawdziwe wojenki na odstawne, przyspieszał i zwalniał, wybijając metodycznie rywalom z głowy wszelkie marzenia pokonania Mistrza.
Gdy Bob Dylan odbierał literacką Nagrodę Nobla, jego bliski przyjaciel Leonard Cohen stwierdził, że takie uhonorowanie poety folk-rockowej gitary, to jak „przypięcie medalu Mount Everest za to, że jest najwyższą górą”. Podobną doniosłość ma kolejny tytuł dla Kamila i kolejne zwycięstwo w cyklu końcowym zawodów o Puchar Łodzi. Kamil jest z nas po prostu najlepszy. A do tego wszystkiego, jest naprawdę świetnym kumplem. Mimo, że jeździ elektrycznym samochodem 😉





