Rockowi hiphopowcy z wesołej ekipy Dog Eat Dog w swoim hiciorze „Expect the Unexpected” już u schyłku ubiegłego stulecia wyśpiewywali frazę, że „gdy się tego najmniej spodziewasz – spodziewaj się niespodziewanego”. Jakkolwiek można mieć wątpliwości co do literackiego kunsztu modnych zespołów końca lat 90tych, to ten pokraczny nieco slogan świetnie oddaje to, co wydarzyło się podczas ostatniego turnieju o Puchar Łodzi 2025/2026. Gdy wszyscy z niewypowiedzianą pewnością oczekiwali kolejnego zwycięstwa hegemona Kamila Zięby, to rzeczywistość po raz kolejny okazała się być nad wyraz zaskakująca…
Już w meczu otwarcia całych zawodów gruchnęło petardami. Świetnie dysponowany w tej potyczce Michał Kupisz w iście mistrzowskim stylu rozprawił się z pewnym już końcowego lauru Kamilem Ziębą. Obaj panowie zaprezentowali naprawdę świetny poziom, który spokojnie pozwoliłby im zakręcić się w okolicach finału turniejów PORS. Podrażniony początkową klęską Kamil jednak spokojnie uporał się z pozostałymi rywalami z fazy grupowej i pewnie awansował do ćwierćfinałów. Michał za to nie sprostał natchnionemu mocą snookerowych bogów Witkowi Jałosze, co poskutkowało tym, że z grupy obok Kamila w dalszej fazie rozgrywek zameldował się Jędrek Janicki, który przy okazji meczu z Witkiem Jałochą wbił swojego najwyższego breaka w tym sezonie – z delikatności wobec samego siebie i wrodzonej kultury nie wspomnę jakiej wysokości było to podejście. W pozostałych grupach również nie obyło się bez pewnych zaskakujących rozstrzygnięć. Z grupy A awansował rutynowany Mukesh Aswani oraz pnący się w hierarchii łódzkiego snookera Marcin Matysiak. Ich sukces docenić należy co najmniej podwójnie, gdyż w pokonanym polu pozostawili takich wyjadaczy jak Marek Chrześcijanek i utytułowany już turniejowo Daniel Król. W grupie C swoją dobrą dyspozycję turniejową potwierdzili Kuba Makowski oraz Robert Kosielski. Klasyczną „grupą śmierci” okazała się być jednak grupa D. I choć nikogo nie powinien zaskoczyć awans walczącego o najwyższe cele w tym sezonie ligowym Wojtka Dziatkiewicza oraz wchodzącego na coraz to wyższe obroty Michała Bielawskiego, to odpadnięcie już w grupie Marka Chrześcijanka i Leszka Pietrusiaka wszyscy lokalni bukmacherzy przyjęli z przestrachem na twarzach – wszak byli to faworyci być może nawet do finałowego meczu.
Ćwierćfinały okazały się być trudne, wszak trudy turnieju (tak to elegancko nazwijmy) niejednemu dawały się już mocno we znaki. Nic sobie z tego nie robił jednak Kamil Zięba, który w szlagierowym pojedynku tej fazy turnieju pewnie rozprawił się z Kubą Makowskim. Zadaniu sprostał również Michał Bielawski, choć niepozornie acz bardzo skutecznie grający Marcin Matysiak postawił bardzo ciężkie warunki gry, doprowadzając do rozstrzygnięcia dopiero w deciderze. Jak zwykle na robocie nie spękał też Mukesh Aswani, choć tym razem musiał uznać wyższość piekielnie skutecznego na długich bilach (zwłaszcza na małym kącie) Wojtka Dziatkiewicza. Robert Kosielski, który z turnieju na turniej gra coraz pewniej, pokonał za to po raz kolejny Jędrka Janickiego, którym tym samym zaliczył sezon bez występu w jednym choćby finale.
W niedzielę z samego rana na pojedynki półfinałowe zameldowali się jedynie najtwardsi – ci, którzy najlepiej grali, nie skapitulowali w konfrontacji z pełzającym po mieście maratonem i nie ulegli pokusie spokojnego odpoczynku po hucznym wczorajszym wieczorze (rzecz jasna, hucznym WYŁĄCZNIE pod względem sportowym). W tych oto jakże wymagających warunkach Wojtek Dziatkiewicz po dwóch zaciętych końcówkach ograł Roberta Kosielskiego. Michała Bielawskiego spotkała za to sytuacja nie do końca komfortowa dla każdego, kto w snookera lubi sobie pograć. Wszak jego półfinałowy przeciwnik, Kamil Zięba, nie dotarł na mecz! Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Ponoć pod klubem widziano afisze z podobizną Kamila i napisem WANTED, ponoć nie odpalił mu samochód (to akurat prawdopodobne), ponoć do jego rodzinnego Tuszyna zawitał Shane van Boening i porwał naszego biednego Kamila do Las Vegas na zawodowe imprezy poolowe. Tak czy inaczej, Michał w tej trudnej sytuacji poradził sobie znakomicie, bo na finałową potyczkę z Wojtkiem wyszedł niezwykle zmotywowany, co przekładało się na naprawdę porządną skuteczność. Choć grał swój pierwszy finał w życiu (tak samo zresztą jak Wojtek), to ani przez moment nie spanikował i ani przez moment nie zrezygnował ze swojego ofensywnego stylu życia, który coraz bardziej staje się jego znakiem rozpoznawczym. Wojtek nie grał źle, próbował wszelkich snookerowych sztuczek, by Michała wymanewrować, lecz ten w pełni zasłużenie rozprawił się ze swoim finałowym rywalem i odebrał puchar za zwycięstwo w turnieju. Być może niektórych to rozstrzygnięcie nieco zaskoczyło, lecz nie mam żadnych wątpliwości, że Michał w tym turnieju był po prostu najlepszy – o czym świadczy chociażby brawurowy break, który wbił w pierwszej partii turnieju.
Piękny to był turniej, pełen emocji, nieoczekiwanych zwrotów akcji i zaskakujących rozstrzygnięć. Pod jego sportową istotą aż kipiał jednak również jeszcze inny jego wymiar, nie mniej ważny – ten typowo ludzki. Każdy turniej to historia o ludziach i historia ludzi. Nie zawsze najbardziej kolorowa i jak z żurnala, ale zawsze szczera i autentyczna aż do bólu. Więcej już nic nie napiszę, bo jak mówią ci mądrzejsi ode mnie – „co zdarzy się na snookerze, zostaje na snookerze”. Do następnego!





