Pamiętacie rok 2004? To już niby ponad 20 lat temu, ale każdemu szanującemu się fanowi piłki nożnej czas ten nadal kojarzy się z Mistrzostwami Europy w Portugalii, które w tyleż sensacyjny, co spektakularny sposób zdobyła heroiczna reprezentacja Grecji. Najlepsze w tym wszystkim było jednak to, że końcowy triumf tego zespołu absolutnie nie był dziełem przypadku – po prostu, zagrali wówczas najlepszy futbol, a giganci europejskiej piłki musieli się z tym pogodzić. I dokładnie tak było z triumfatorem naszego ostatniego Turnieju o Puchar Łodzi 2025/2026. Choć być może nie był faworytem bukmacherów, to mimo to po prostu rozwalił (by nie powiedzieć bardziej dosadnie) system…
Próba racjonalnego wytłumaczenia, co konkretnie wydarzyło się podczas tego Turnieju tak naprawdę mija się z celem. Dość powiedzieć, że już na fazie grupowej swoje występy zakończyli tak utytułowani Zawodnicy jak Jacek Czarciński, Mukesh Aswani, Jędrek Janicki czy… Kamil Zięba. Tak, tak, to nie pomyłka, ten absolutny dominator ostatnich sezonów tym razem poległ już na pierwszej fazie zawodów. Czyżby reszta ekipy w końcu znalazła na niego skuteczny sposób? Prawdopodobnie tak, lecz wybaczcie, z przyczyn przeróżnych, tego sposobu publicznie ujawnić po prostu nie mogę…
Żeby tego było mało, to na poziomie półfinałów znalazło się aż trzech…. poolowców! Dobrze znany i uwielbiany przez kibiców amigo Konrad Słoma, coraz mocniej wchodzący w snookerowy świat Jakub Baczyński oraz debiutujący na potężnym zielonym lotnisku Oliwier Szmidka. Wszystkich ich pogodził jednak Daniel Król, który z rozbrajającym uśmiechem na twarzy wymanewrowywał coraz to mocniejszych rywali. Już w grupie dosłownie rozbił dobrze dysponowanego ostatnio (finał poprzedniego Turnieju) Jacka Czarcińskiego. W ćwierćfinale nie przestraszył go arcymistrz delikatności uderzenia Maciek Rutkowski, a w półfinale w rewelacyjnym stylu powrócił do meczu z Kubą Baczyńskim. W finale za to zaprezentował swoje wieloletnie snookerowe doświadczenie i w dobrym stylu pokonał Szmidkę, tym samym rewanżując się za porażkę z fazy grupowej.
Wszystko to jednak nie oddaje tego, co popularny „Królewicz” osiągnął. To jeden z najprawdziwszych Ligowców, który swoją postawą przy stole i poza nim reprezentuje wszystkie najpiękniejsze cechy związane ze snookerem. Jest niezwykle cierpliwy, nigdy nie grymasi i nie narzeka, a z tego, w jaki sposób się zachowuje, przebija niezwykła wręcz skromność. To świetny kumpel, który nieco w cieniu innych zawodników uszykował znakomitą formę. Niech nikt nawet przez chwilę nie waży się pomyśleć, że jego zwycięstwo było fuksem. Absolutnie nic z tych rzeczy, to Zawodnik, który być może najbardziej z nas wszystkich zasłużył na taki właśnie sukces.
I jedno Wam powiem zupełnie szczerze – choć może nie pamiętam tego Turnieju doskonale, to jednak nie zapomnę go nigdy! Ten historyczny Turniej okrasić mogą tyko jedne historyczne słowa – „Vivat Król, niech żyje Król”.





