Furorę swego czasu, zwłaszcza w niemieckich kinach, robił film o niepozornym tytule On wrócił. Abstrahując od tego, kim ów tytułowy „on” był (ciekawscy mogą sprawdzić na własną rękę), frazę stanowiącą tytuł tej nieco obrazoburczej produkcji w podziwie wyszeptywali kolejni to Zawodnicy podczas III Turnieju z cyklu o Puchar Łodzi 2025/2026. Tak, tak, po chwilowej detronizacji na należne mu miejsce wraca Zięba. Kamil Zięba.
Jak już przy Jamesie Bondzie jesteśmy, to turniej ten był niczym film Casino Royale z legendarnym Agentem 007 w głównej roli. Tak jak w produkcji tej od pierwszej sceny, w której Bond brutalnie eliminuje zdrajcę w praskiej ambasadzie, aż do samego końca akcja skrzy się pościgami, bijatykami, pokerowymi rozgrywkami i szaleńczym wręcz tempem, tak samo podczas III Turnieju od pierwszego do ostatniego meczu kibice zaskakiwani byli kolejnymi zwrotami akcji. Wszak już po pół godzinie rozgrywek klęskę ponieść mógł rutynowany Jędrek Janicki, którego pod ścianą postawił nieopierzony jeszcze snookerowo, lecz niezwykle utalentowany Kuba Kopacki. Jeden błąd tego młodego Zawodnika zadecydował o jego przegranej w tej potyczce, lecz jego swobodna, pozbawiona oznak presji gra oraz zwycięstwo w „derbach chaty” nad tatą Robertem każą upatrywać w młodym Kubie prawdziwej nadziei łódzkiego snookera. Prawdziwą gratką fazy grupowej okazała się być jednak rywalizacja w grupie A, w której spotkali się tacy wyjadacze jak utrzymujący równą formę Michał Kupisz, przykładający się do treningu Kuba Prasalski, nieobliczalny (to stanowczo zbyt mało powiedziane) Konrad Słoma oraz pewny niczym skała Leszek „The Boss” Pietrusiak. Z tej karety asów najlepiej spisał się Leszek, który do do fazy ćwierćfinałowej wyszedł z grupy wraz z… Marcinem Matysiakiem! Dla Marcina to jak na razie największy sukces w jego snookerowej karierze i, czego jestem pewien, początek drogi zdobywania coraz to wyższych szczytów.
W fazie ćwierćfinałowej, która tym razem kończyła pierwszy dzień rozgrywek, drabinka w pierwszym meczu skojarzyła dwóch cudownie ocalałych z dogrywkowych potyczek – Kamila Ziębę i Jędrka Janickiego. Kamil tego dnia, niczym dobry stary silnik od Volvo, rozgrzewał się powoli, w fazie grupowej był jeszcze nieco zardzewiały niczym kilkunastoletnia Mazda, natomiast w ćwierćfinale odpalił już kawał solidnej gry, nie dając Jędrkowi absolutnie żadnych szans. Pewnie i konsekwentnie grający Leszek Pietrusiak ograł legendarnego dla łódzkiego snookera (uczestnik wszystkich dotychczasowych Lig!) Roberta Skrzypczaka, a powracający do snookerowego świata po kilku dobrych latach przerwy od grania Michał Bielawski zakończył piękny sen wspomnianego już Marcina Matysiaka. Najwięcej emocji w fazie ćwierćfinałowej przysporzył jednak mecz dwóch Zawodników, którzy przed ćwierćfinałami nie odpadają nigdy! Tym razem Kuba Makowski okazał się lepszy od Jacka Czarcińskiego i zameldował się w kolejnym półfinale* w karierze – było ich już tyle wcześniej, że sam Kuba nie jest w stanie się ich doliczyć.
Faza półfinałowa, rozgrywana prawdopodobnie w najzimniejszy dzień roku, podczas którego wyjście na zewnątrz groziło trwałym uszczerbkiem na zdrowiu, przyniosła moim zdaniem najciekawszy mecz tego Turnieju. W konfrontacji z Kubą Leszek cały czas miał jakieś problemy. A to przypadkowo sfaulował, a to nie mógł się wstrzelić w uderzenie, a to znowu z coraz większą frustracją spoglądał na ferulę swojego kija, która wydawała dźwięki coraz bardziej zaskakujące. Mimo tych wszystkich przeciwności losu był jednak w stanie zebrać się w sobie, odrobić solidne straty i finalnie przełamać opór dobrze dysponowanego tego dnia Kuby. Lechu, jak Ty mi zaimponowałeś! W drugim półfinale – Zięba vs Bielawski – licznie zgromadzeni kibice oczekiwali petard i wodotrysków ze strony Kamila i… się nie doczekali. Kamil wygrał dość spokojnie, jednak to, co najlepsze pozostawił sobie na finał. I właśnie w tym ostatnim meczu, wieńczącym cały Turniej, Kamil zaprezentował niebotyczną wręcz dyspozycję. Imponował każdym elementem snookerowego rzemiosła, lecz na mnie największe wrażenie wywierały jego długie i pół-długie wbicia. Wszystkie tego typu zagrania wpadały samym środkiem kieszeni, które głuchym łoskotem potwierdzały perfekcję trafienia. Mityczne „cue-action” Kamila przypomina mi trochę sposób prowadzenia kija Kyrena Wilsona, a pewność i powtarzalność jego zagrania osłabiająca mogłaby się okazać dla niejednego Zawodnika polskiego rankingu Top16. Po prostu podziwiam, podziwiam i jeszcze raz zazdroszczę 🙂
Kamil wygrywający Turniej to żadna niespodzianka, a raczej potwierdzenie przedturniejowych prognoz i typowań. Daniel Król w poprzednim Turnieju udowodnił jednak, że w łódzkim snookerze nikt nie może czuć się bezpieczny na pozycji lidera, a zagrożenie nadejść może z każdej strony. Tym bardziej więc niecierpliwie czekam na kolejne zmagania z cyklu o Puchar Łodzi 2025/2026, które odbędą się już w marcu. Do zobaczenia!
* A w tym półfinale mógł już do woli przestawiać sobie białą w polu D, przygotowując się do zagrania i śląc serdeczne pozdrowienia dla sędziującego jego ćwierćfinałową potyczkę Marka Chrześcijanka 😀





