Zięba rozbija mendel! Piękny sezon na 15-lecie Łódzkiej Ligi Snookera

Fantastyczny jak na standardy muzyki dyskotekowo-tanecznej Fatboy Slim swoją najsłynniejszą płytę zatytułował „You’ve Come a Long Way, Baby”. Ten popularny angielski idiom, wyrażający podziw i szacunek wobec osiągniętego przez kogoś sukcesu, śmiało zadedykować moglibyśmy naszej ukochanej Lidze. Wszak stuknęło już jej 15 lat, a droga, którą razem z nią przeszliśmy, należy do tych najbardziej satysfakcjonujących!

I pod ten śliczny jubileusz nie mogliśmy obmyśleć lepszego scenariusza niż ten, który napisali sami snookerowi bogowie! Wszak naprawdę rzadko kiedy w historii Ligi, ba w historii sportu (!), zdarza się, by absolutnie decydujące rozstrzygnięcia zapadały w ostatnim meczu sezonu! Tak, tak, dobrze czytacie! Zagrali 31 meczów, zdobyli kilka tysięcy punktów, wbili niewiele mniej bil, zużyli co najmniej kilka kred, przeszli wokół stołów kilkadziesiąt kilometrów, a i tak dopiero ostatni mecz sezonu i bezpośrednie starcie tytanów zadecydowało o końcowym triumfie. Szczęśliwie, ten snookerowy ragnarok okazał się o wiele mniej krwawy niż pojedynek skandynawskich bóstw, a Kamil Zięba w decydującym starciu rozprawił się w obecności licznie zgromadzonych kibiców z Wojtkiem Dziatkiewiczem. Obu panom należą się jednak najszczersze słowa uznania, gdyż przez cały sezon prezentowali równą i wysoką dyspozycję. I choć to Kamil był murowanym faworytem bukmacherów przed sezonem, to Wojtek kąsał go niestrudzenie i śmiało potraktować może porażkę z takim rywalem jak Kamil jak prawdziwe zwycięstwo. Prawdziwym królem polowania sezonu ligowego był jednak Kamil, który pomimo kilku drobniutkich wahnięć formy w znakomity sposób utrzymał presję, która zawsze ciąży na każdym faworycie. Jak się wydaje, czasami to właśnie takie zwycięstwo po emocjonującej końcówce sezonu przysparza najwięcej przyjemności – z szacunku dla niektórych zawodników z naszej Ligi nie wspomnę jakie inne niedawne wydarzenie z łódzkiego sportu przyszło mi tu do głowy 🙂 A tylko nieco za plecami tej dwójki uplasował się w końcowym rozrachunku ten, który swoją dyscypliną taktyczną i pewnym wbijaniem oraz świetnym przygotowaniem mentalnym smagał coraz to kolejne snookerowe ofiary. Tak jest, to sam Rzeźnik z Łodzi, czyli Leszek Pietrusiak, wrócił na należne mu miejsce i dystansując resztę stawki zameldował się na trzecim miejscu podium.

Pamiętajmy jednak, że łódzki sezon snookerowy to nie tylko Liga, lecz również zwariowany cykl turniejów o Puchar Łodzi! Pięć turniejów i pięć weekendów wściekłej walki o puchary, punkty i przetrwanie (trudy turniejów bywają porażające, wiem coś o tym!). Gruchnęło sensacjami, wszak niespodziewane, acz w pełni zasłużone triumfy odnieśli Daniel Król i Michał Bielawski, lecz koniec końców medalistami tegorocznego Pucharu Łodzi okazali się być doświadczeni wyjadacze. Na miano tegorocznego multimedalisty w pełni zapracował Leszek Pietrusiak, który także w tej klasyfikacji zgarnął trzecie miejsce. Na drugim miejscu cyklu uplasował się zawodnik, który dosłownie nigdy nie schodzi poniżej pewnego bardzo wysokiego poziomu (a konkretnie poniżej fazy ćwierćfinałowej) i który z roku na rok pnie się w górę hierarchii łódzkich zawodników – Kuba Makowski! Absolutnym królem także w tych rozgrywkach okazał się Kamil Zięba, który z pazernością godną Cristiano Ronaldo w zdobyciu tysięcznej bramki w karierze, łapczywie sięgnął po kolejne trofeum, które dorzucił do swojej już i tak jakże przepastnej gabloty. Prawdziwy majster, który jednym sezonem ustrzelił trzy jakże cenne skalpy – ligowy, turniejowy i za najwyższego breaka.

Przyznam Wam się jednak zupełnie szczerze, że moim absolutnie ulubionym wspomnieniem związanym z tegorocznym sezonem jest chwila (a nawet kilka chwil) absolutnego chaosu, którą przeżyłem z trójką snookerowych muszkieterów już dawno po zakończeniu upojnego snookerowo dnia, gdy grzecznie wracaliśmy do domów (tak to przynajmniej nazwijmy). I nie chodzi mi o otwarcie wyliczanki naszych ulubionych momentów z tego sezonu, czy z całych 15 lat. Każdy z nas wymieniłby inną sytuację, inną okoliczność. Co jednak najważniejsze, jestem więcej niż przekonany, że mało kto mówiłby o konkretnym wyniku meczu, charakterystycznym ustawieniu bil czy sytuacji w tabeli. Wszak w całym tym przedsięwzięciu jakim jest Łódzka Liga Snookera tak naprawdę jednak nie chodzi o samego snookera – wynik sportowy jest tylko dodatkiem. Liga to piętnastoletnia historia ludzi, ich relacji, znajomości, wzlotów, lecz także upadków, sukcesów, porażek, napięć, niepokojów, nerwów, śmiechu i wielu, wielu innych, jakże ludzkich, elementów. To wszystko czyni Ligę wydarzeniem tak autentycznym, tak prawdziwym. I choć nie gramy na śmierć i życie, o zawodowe tytuły, tudzież o dziką kartę do Main Touru, to jednak emocje, które nam towarzyszą są totalnie prawdziwe. Nie ma ściemy, nie ma miejsce na jakiekolwiek oszustwo czy brak szczerości. I dlatego właśnie Liga i snooker w jej wydaniu niektórym z nas jawi się jako azyl i ucieczka od rzeczywistości.

Ale tej pięknej historii piętnastu wspólnych lat nie byłoby bez zdumiewającej pasji i zaangażowania jednego człowieka. Leszek, bo to o nim rzecz jasna mowa, to przedstawiciel gatunku coraz rzadziej już spotykanego w świecie naturalnym. Dla niego dane słowo i szacunek wobec drugiego znaczą o wiele więcej niż wszelkie laury czy korzyści. Nigdy przenigdy nie zapomnijcie, że gdyby nie Leszek, to snookera znalibyśmy tylko z Europsortu, a pograć moglibyśmy sobie co najwyżej w picipolo – z całym szacunkiem dla uprawiających ten tajemniczy sport. I choć to właśnie Leszek, wzorem Ludwika XIV, mógłby zakrzyknąć „łódzki snooker to ja”, to wiem, że z wrodzonej skromności tego nie zrobi i wskaże co najmniej kilka osób, dzięki którym jego snookerowa misja może trwać już od tylu lat. Wśród nich absolutnie zaszczytne miejsce zająć powinien trio szefostwa klubu Frame – Krzysiek Gardjas, Kasia Kulazińska i Aneta Krauze. Ich cierpliwość wobec naszych róznorakich pomysłów (a także zachowań 🙂 ) jest po prostu imponująca! No i dzielny druh Jacek Czarciński, który w strukturach ligowych jest kimś o wiele większym i ważniejszym niż tylko szeregowym zawodnikiem…

Moi Kochani, ja w tym sezonie i tak już napisałem i powiedziałem o wiele więcej niż wiem! I żeby zbędnie Waszej cierpliwości dalej nie nadwyrężać, to powiem Wam tylko jedno. Już się nie mogę doczekać kolejnych 15 lat. Bo snooker, a Łódzka Liga Snookera w szczególności, to choroba na całe życie. DZIĘKUJĘ! <3

Jędrzej Janicki
Jędrzej Janicki